Stało się – rozpoczynam dzielenie się swoimi poglądami i spostrzeżeniami w ramach wordpress’a. Nakłoniła mnie do tego chęć konfrontowania poglądów ze znajomym (Woykers), a także ostatnia debata między naszym ex-prezydentem wszystkich Polaków, a Premierem zwykłych ludzi, którzy stoją tam, gdzie niegdyś “Solidarność”. I oto chciałbym podzielić się swoimi wrażeniami z debaty: zapowiadana jako “pojedynek gigantów” i pierwsza walka na merytoryczne argumenty, pierwsza rozmowa o programach. Nie będę odkrywcą, jeśli powiem, że z owymi zapowiedziami wiele wspólnego nie miała. Być może ze względu na fatalną formę debaty, choć i ona pozwalała na powiedzenie czegoś rozsądnego, jednak rzeczą bardziej prawdopodobną wydaje mi się po prostu brak faktycznych argumentów z jednej, bądź drugiej strony.

O ile wielu wskazuje na remis ze wskazaniem na Kaczyńskiego, o tyle według mnie premier zwyciężył dość zdecydowanie. Dlaczego? Bynajmniej nie dlatego, że urzekł mnie kapitalnymi propozycjami programowymi swojej partii. Tylko i wyłącznie dlatego, że zawiódł Kwaśniewski – człowiek, który swojego rywala posądza o nadmierną agresję wobec przeciwników politycznych, wręcz nie ma prawa, szczególnie w starciu z owym rywalem, wykonywać nerwowych, złośliwych ruchów. Kaczyński przy Kwaśniewskim wypadł pod tym względem kapitalnie – nie zaczął, w przeciwieństwie do rywala, przerywać w trakcie jego wypowiedzi i nie docinał w sposób dość prymitywny, co uczynił Kwaśniewski, rzucając kilkakrotnie(z resztą w trakcie wypowiedzi premiera, a więc przerywając mu/przekrzykując go) docinki o “oczywistych oczywistościach”.

Nie będę również odkrywcą, gdy powiem, że obaj panowie nie powiedzieli niczego poza tym, co udaje nam się słyszeć od początku kampanii i jeszcze dłużej(choć dłużej raczej tylko w wypadku premiera, aktywizacja prezydenta nastąpiła dopiero na wieść o wyborach). Jednak tutaj też, pomimo iż niczym nie zaskoczył, zwyciężył premier. W zasadzie w każdej z trzech kategorii. Pokazał, że jest nieprawdopodobnym mistrzem propagandy – gdybym nie miał pojęcia o faktach, byłbym skłonny uwierzyć premierowi we wszelkie bzdury, które wypowiedział, a to dlatego, że całkowicie nieprzekonujący był prezydent. Poniedziałkowy wieczór pokazał, że jedyną siłą Kwaśniewskiego mógłby być znów jakiś mało wyszukany chwyt poza kadrem(jak przy okazji debaty z Lechem Wałęsą), oraz wygląd. Jednak nawet o to ostatnie prezydent nie zadbał – tym razem na potrzeby kampanii nie schudł, choć jeszcze do niedawna zarzekał się, że właśnie dieta będzie sygnałem, który miałby dać znać opinii publicznej – “tak, wracam do polityki”.

Ale nie na samej debacie chciałem się skupić, a raczej na tym, jaki był jej poziom, który według mnie odzwierciedla poziom polskiej polityki. I nie chodzi mi o poziom dyskusji. Studio, zdaje się, że odziedziczone po “Milionerach”, nie było chyba wybrane przypadkowo, bo wystrój przypominał raczej teleturniej, niż poważną debatę polityczną w uważającym się za poważne państwie europejskim. Jednak najbardziej przygnębiającą mnie rzecz spostrzegłem dopiero na kilka godzin po debacie – moje podejście do niej. Zauważyłem, że było ono mocno podobne do tego, które prezentuję przy okazji interesujących mnie meczów piłkarskich bądź filmów – zakup Coca-Coli, czegoś do pochrupania. I chyba właśnie tego nasza polityka jest najbliższa – poziomu średniej jakości widowiska , które ma nam zapewnić nie istotne dla kraju informacje, zmiany, ale chwile niezbyt istotnych wrażeń, które niestety najczęściej zamykają się w jednym słowie – zażenowanie..

Jedna odpowiedź to “Parę słów wstępu, oraz krótko o debacie”

  1. Piotr Woyke Powiedział/a:

    Generalnie się zgadzam, szczególnie przychylę się do ostatnich wersów. Swoją drogą “urynkowienie” się politycznych widowisk to niestety już chyba fakt.

    Aha, polecam relację z bloga Marcina Gadzińskiego:

    http://bialydomek.blox.pl/2007/10/Debata-polska-debata-amerykanska.html


Dodaj komentarz