Po dramatycznie słabym początku sezonu Legia wydaje się powoli wracać na właściwe tory. W ostatnich 4 spotkaniach – w tym 3 ligowych – zwyciężała, z czego aż trzykrotnie na wyjeździe. Śledząc wyłącznie wyniki można by więc dojść do wniosku, że do pełni szczęścia wystarczy już tylko zwalczenie ostatniego z mankamentów, jakim jest słaba gra defensywna – zespół z Łazienkowskiej w swoim zwycięskim marszu zdołał bowiem utrzymać czyste konto tylko w spotkaniu z Widzewem. Sytuacja nie jest jednak tak kolorowa, jak wskazywałyby na to ostatnie rezultaty.

Podstawowym problemem Legii jest nadzwyczaj przewidywalny sposób rozgrywania piłki w ataku. Podopieczni Macieja Skorży niemal każdym swoim ruchem na boisku sugerują przeciwnikowi co zrobią w najbliższych kilku sekundach, co nie pozwala na jakąkolwiek formę zaskoczenia rywali. Chwalebnymi wyjątkami są w Ivica Vrdoljak oraz Miroslav Radović, którzy wyłamują się z ulubionego modelu gry ich kolegów(czyli albo długa piłka pod pole karne, albo bezproduktywne podania wszerz boiska) i raz po raz próbują przeprowadzić rajd, który wytworzyłby “Wojskowym” nieco więcej przestrzeni. Pytanie tylko czemu w sporcie, w którym na boisku przebywa jednocześnie 10 graczy, którzy taką próbę mogliby podjąć oraz w klubie, który na tle reszty ligi dysponuje piłkarzami bardzo dobrymi, tylko dwóch podejmuje takie ryzyko?
Drugim problemem, który wiąże się zresztą dość silnie z pierwszym, jest kompletny brak tego, co charakterystyczne dla drużyn mocnych w swoich ligach – a zatem niemal ciągłego ostrzeliwania bramki rywali, stwarzania i w widzu, i w przeciwniku poczucia, że każda wyprowadzana akcja wiąże się z dużym prawdopodobieństwem skutecznego jej wykończenia. Tymczasem Legia nawet jeśli strzały oddaje, to są one niespecjalnie groźne, często też zupełnie niepotrzebne – prawdziwym ekspertem w tym elemencie wydaje się być Ariel Borysiuk, który już w kilku spotkaniach okazał się być najczęściej uderzającym Legionistą, jednak wciąż nie ma na koncie ani jednej bramki. Żaden ze strzałów młodego pomocnika nie dał też okazji do dobitki jego kolegom z drużyny.
Jakby na przekór temu w jaki sposób ostatnimi czasy Legii najczęściej udaje się znaleźć drogę do bramki, siłą warszawskiej drużyny nie są też stałe fragmenty gry. Dość powiedzieć, że w ostatnim spotkaniu z Górnikiem, gdzie obie bramki padły po dośrodkowaniach Tomasza Kiełbowicza z rzutów wolnych, wcześniej ten sam zawodnik miał bodaj kilkanaście prób – czy to właśnie z rzutów wolnych, czy też rożnych – z których żadna nie stwarzała specjalnego zagrożenia pod bramką Zabrzan. Drugi ze specjalistów od uderzania stojącej piłki – Maciej Iwański – prób miał przynajmniej kilka, z różnych pozycji. Zagrożeniem dla rywali skończyła się tylko jedna, w dużej mierze przez nieporadność bramkarza rywali – Adama Stachowiaka.
Niezwykle drażniący, bo pozostający słabością Warszawian już od dawna, jest też problem dośrodkowań z gry – zarówno skrzydłowi, jak i boczni obrońcy dokładną wrzutką raczą nas bardzo rzadko. Kłopotem jest oczywiście sama technika dośrodkowujących – najczęściej zagrywają piłki lekkie, wysokie, łatwe do wyłapania przez bramkarzy – ale także brak zawodników, którzy o przecięcie wrzutki mogliby powalczyć.
Warto więc po raz kolejny zadać sobie pytanie czy Skorża nie popełnia błędu grając wciąż tylko jednym napastnikiem. W dotychczas rozegranych spotkaniach bieżącego sezonu bez cienia wątpliwości można stwierdzić na temat ataku Legii kilka rzeczy: po pierwsze – Michał Kucharczyk, choć uzdolniony i niezwykle pożyteczny, nie jest rasowym snajperem. Lubi się cofnąć lub zejść do skrzydła, co zresztą wychodzi mu naprawdę dobrze. Ustawianie go jako jedynego napastnika wydaje mi się więc być dla niego krzywdzące. Po drugie – potencjał, aby zostać rasowym snajperem zdaje się posiadać Bruno Mezenga. Okrzyknięty transferowym niewypałem zanim zdołał dotknąć piłę wystarczająco wiele razy, by można było stwierdzić czy umie ją przyjąć, dwukrotnie zapewniał Legii zwycięstwa w końcówkach, w tym w niezwykle prestiżowym meczu z Lechem. Widać więc, że potrafi odnaleźć się w polu karnym i we właściwym momencie wyskoczyć, zrobić wślizg, dostawić nogę. Znów jednak dla wykorzystania w pełni jego potencjału konieczne jest, aby ktoś grał w ataku razem z nim, bowiem w przeciwieństwie do Kucharczyka nie potrafi tak dobrze wspomagać pomocników. Wreszcie po trzecie – Skorża powinien wreszcie się przełamać i dać szansę w meczu o stawkę młodemu Michałowi Efirowi, który już trzykrotnie pokonywał bramkarzy rywali w tegorocznych sparingach. Byłoby to uzasadnione tym bardziej, że grając dwoma napastnikami w pierwszym składzie niezbędnym jest posiadanie na ławce przynajmniej jednego atakującego. Póki co zaś szkoleniowiec Warszawian sam ogranicza sobie pole manewru powołując do kadry meczowej na kolejne spotkania po ledwie dwóch zawodników pierwszej linii.
Zwycięska seria nie powinna więc zbytnio uspokajać sztabu szkoleniowego oraz zawodników klubu z Łazienkowskiej. Zespół wciąż popełnia proste błędy w defensywie, zaś jego gra w ataku nadal pozostawia wiele do życzenia. To z kolei podtrzymuje w sercach kibiców poczucie niepokoju o wynik nawet przed meczami z rywalami teoretycznie słabszymi, co pozostaje najbardziej trwałą spuścizną po kadencji Jana Urbana. I choć obecny szkoleniowiec bytomskiej Polonii pracował w Warszawie niemal 3 sezony, to fani Legii wciąż z tym uczuciem nie mogą się oswoić. Najwyższy czas sprawić, by nie musieli.
Pingback: A my dalej swoje… | Co palce na klawiaturę przyniosą…