A my dalej swoje…

Który to już raz władze, piłkarze i trenerzy Legii przekonywali nas w wywiadach i na konferencjach prasowych, jak to bardzo zadowoleni są z przygotowań do sezonu/rundy? Który to już raz daliśmy tym słowom – choćby w najmniejszym stopniu – wiarę? Który to już raz nie któryś z kolei, ale pierwszy mecz warszawskiego zespołu ową wiarę silnie podkopuje?

Nadzieje przed inaugurującym rundę wiosenną meczem z Cracovią były o tyle uzasadnione, że Legia grała przeciwko zespołowi, który przez całą piłkarską jesień zdołał uciułać ledwie 8 punktów, co przed rundą rewanżową stawiało go w sytuacji absolutnie dramatycznej – do miejsca gwarantowanego utrzymaniem “Pasom” brakowało aż 9. oczek. Dla zespołu walczącego o tytuł mistrzowski – a do tych niewątpliwie zaliczają się “Wojskowi” – zwycięstwo z rywalem dysponowanym w bieżących rozgrywkach tak słabo jest absolutnym obowiązkiem. Podopieczni Macieja Skorży niestety nie byli się w stanie z niego wywiązać.

Teoretycznie wyjściowy skład wyglądał rozsądnie – szczególnie biorąc pod uwagę ograniczenia, z jakimi szkoleniowiec Legii musiał się borykać ze względu na kontuzje. Mający za sobą dobrą końcówkę rundy jesiennej Skaba był naturalnym wyborem w bramce. Skład defensywy nie był tajemnicą już od dłuższego czasu. W pomocy tylko jedno zaskoczenie – brak Cabrala, którego Skorża przez całe zimowe przygotowania regularnie chwalił. Można było jednak zakładać, że wie co robi – wszak ustawiony za wysuniętym Michalem Hubnikiem Miroslav Radović pierwszą połowę sezonu mógł swobodnie uznać za swą najlepszą, odkąd przybył do Warszawy.

W praktyce jednak zamysł byłego trenera m.in. Groclinu czy Wisły okazał się być chybiony. Środek pola, w którym obecni byli gracze nastawieni niemal jedynie na destrukcję(Vrdoljak, Borysiuk) absolutnie nie sprzyjał kreowaniu akcji ofensywnych. Do tego niepewna postawa Inakiego Astiza, który od czasu odejścia Jana Urbana z warszawskiego zespołu zdaje się być z meczu na mecz coraz słabszym zawodnikiem, musiała budzić obawy kibiców co do ostatecznego rozstrzygnięcia. Obawy – niestety – potwierdziło boisko. Dramatyczna gra obronna, do której przyczyniła się momentami bardzo niepewna gra Skaby(szczególnie przy pierwszej bramce) przyniosła katastrofalny efekt w postaci aż trzech straconych bramek – przerażający nie tylko ze względu na klasę rywala, ale i na racjonalne spojrzenie w przyszłość. Skoro bowiem ze słabiutką Cracovią tracimy aż 3 gole, w dodatku wszystkie na własne życzenie, to co czeka nas z mocniejszymi zespołami? Chociażby z lokalnym rywalem, z którym przyjdzie się nam mierzyć już w najbliższej kolejce…

Podstawowe wnioski, jakie nasuwają mi się po spotkaniu w Krakowie są następujące:przede wszystkim w derbach od pierwszej minuty powinien wystąpić Alejandro Cabral. Po swoim wejściu(wymuszonym zresztą koszmarnym urazem Vrdoljaka) zaimponował spokojem, precyzją podań, umiejętnością dryblingu oraz nieszablonowością zagrań(choćby asysta przy golu Wawrzyniaka).

Drugą kwestią jest konieczność posadzenia Ariela Borysiuka na ławce – po niezłej jesieni młody pomocnik w meczu inaugurującym nową rundę zagrał fatalnie. Przy ruchomej piłce nie było z niego żadnego pożytku, zaś przy stałych fragmentach gry był wręcz szkodliwy, gdyż potencjalne okazje do zagrożenia bramce rywala zamieniał na katastrofalne kopnięcia, najczęściej trafiając w pierwszego obrońcę. Podsumowaniem jego postawy w dzisiejszym spotkaniu niech będzie fakt, że jedynym rozsądnym zagraniem świeżo upieczonego reprezentanta Polski był… brutalny faul w końcówce meczu, który zatrzymał groźny kontratak rywali.

Po trzecie – najlepszym możliwym sposobem skorzystania z wracającego po pauzie za kartki Komorowskiego będzie zastąpienie Inakiego Astiza. Hiszpan, który od przybycia do Legii zazwyczaj imponował solidnością, dojrzałością i pewnością w grze, w Krakowie zagrał fatalnie, czego ukoronowaniem był spowodowany przez niego rzut karny.

W końcu po czwarte – katastrofalna gra Takesure’a Chinyamy po wejściu na boisko powinna na długi czas wybić Skorży z głowy myśl o korzystaniu z czarnoskórego napastnika. Każdy jego kontakt z piłką kończył się beznadziejną, kompletnie niepotrzebną stratą. Co gorsza – zawodnik pojawiał się w coraz to nowych miejscach na boisku, byle tylko zrehabilitować się za poprzednie nieudane zagranie. Z jakim skutkiem – niech odpowiedzią będzie pogrubiony fragment kilka linijek wyżej…

Choć moja generalna ocena zespołu Legii po pierwszym oficjalnym meczu w roku 2011 jest negatywna, to widzę nadzieje na poprawę – a z tymi na jesieni problemy były dość spore(dowody: tu i tu). Przede wszystkim należy je pokładać w nowym nabytku – Michale Hubniku – który pokazał, że jest napastnikiem z prawdziwego zdarzenia. Potrafi ustawić się pod bramką rywali, nie boi się uderzać, a w dodatku robi to zdecydowanie lepiej, niż nieobliczalny Chinyama. O jakości strzałów Czecha niech świadczą przytoczone przez Orange Sport statystyki – 4/4 próby trafiły w światło bramki, jedna zaś pozwoliła byłemu snajperowi Sigmy Ołomuniec cieszyć się z debiutanckiego gola – całkiem ładnego zresztą.

Przyjemnie było też popatrzeć na zdecydowanie lepszą niż dotychczas grę ofensywną Kuby Rzeźniczaka, a także solidność w defensywie oraz pomysłowość w ataku grającego po przeciwnej stronie obrony Jakuba Wawrzyniaka. Miodem na serce było też niewątpliwie wrażenie, jakie wywarł swoją grą wspomniany wcześniej Cabral. Nawet Manu, okrzyknięty niemal jednogłośnie przez fanów Legii “jeźdźcem bez głowy”, zaczął grać nieco rozsądniej, z pożytkiem dla drużyny. Zaś Michał Kucharczyk pokazał, że nie przeszkadza mu gra na nowej z jego punktu widzenia pozycji lewoskrzydłowego.

Spora ilość plusów jest jednak zbyt mizernym ładunkiem optymizmu biorąc pod uwagę na ile poważne były w dzisiejszej grze legionistów minusy. Ich wyeliminowanie wydaje się być jednak realne i całkowicie w zasięgu aktualnej kadry warszawskiej drużyny. Pytanie tylko, czy w zasięgu trenera Macieja Skorży?

Ten wpis został opublikowany w kategorii Piłka kopana. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

4 odpowiedzi na „A my dalej swoje…

  1. Dwuimienny pisze:

    Myślę, że nie można tak bardzo marudzić na grę Legii. W defensywie rzeczywiście była tragedia, ale ona nie wynikała ze złej postawy czy braku umiejętności tylko obrońców. Legia grała niezwykle ofensywnie, niemal całą drużyną na połowie Cracovii i to musiało się tak skończyć. Poza tym Astiz pod wodzą Skorży stracił swoje walory i nie gra już tak pewnie. W prosty sposób można to wyjaśnić. U Urbana był “czyścicielem”, wychodził wysoko do środka pola zatrzymując wszystkie akcje przeciwnika. Teraz gra bardziej zachowawczo i czeka na rywali, dlatego ma problemy. Przeciętny Dudzic dawał sobie z nim radę z łatwością. Myślałem też o tym, co by było, gdyby Ntzibazonkiza miał trochę lepiej ustawiony celownik…

    Jednak cieszę się, że Legia gra ofensywnie, bo to zaprocentuje zwiększoną oglądalnością i popularnością. Poza tym to dopiero pierwszy mecz, więc nie można wyciągać zbyt pochopnych wniosków poza potrzebą zakupu dobrego bramkarza.

    Ps. Jak tak dalej pójdzie to Legia straci tyle bramek co Legia Urbana w jego dwóch pierwszych sezonach pracy… I przy okazji więcej bramek w lidze od Legii stracił tylko Górnik Zabrze i… ostatnia Cracovia.

  2. stankabat pisze:

    Gra ofensywna? OK, ale dla Legii w starciu z rywalem klasy Cracovii to powinien być OBOWIĄZEK, podobnie zresztą jak w meczach z Polonią Bytom, Arką Gdynia i innymi zespołami z dołu tabeli. Tymczasem w zeszłej rundzie, a także za kadencji Urbana z niezrozumiałych dla mnie przyczyn niezależnie od tego, z kim graliśmy ustawienie było identyczne – dwóch defensywnych pomocników i raptem jeden napastnik. Zaś główną metodą “zdominowania” rywala było bezmyślne kopanie wszerz boiska, najczęściej pomiędzy Choto i Astizem, z rzadka zapraszającymi do zabawy któregoś z bocznych obrońców. W ten sposób można było wskazać na statystykę posiadania piłki i stwierdzić – “przecież przez cały mecz prowadziliśmy grę”…

    Ja od Legii oczekuję tego, żeby grając ofensywnie potrafiła też powstrzymywać rywali w tyłach – a SZCZEGÓLNIE z drużyną taką, jak Cracovia. Z całym szacunkiem, ale dotychczasowy dorobek punktowy oraz sposób, w jaki zawalił kilka doskonałych kontr najlepszy w zespole Ntibazonkiza świadczą o tym, że nawet grając trzema obrońcami należało w najgorszym wypadku pozwolić rywalom na strzelenie bramki honorowej. A co dopiero w sytuacji, gdy graliśmy dwoma defensywnymi pomocnikami i czwórką w obronie?

    • Dwuimienny pisze:

      Mimo, że Legię Urbana czasami ciężko było oglądać, to potrafił on ustawić drużynę na tyle dobrze, że przy braku zaangażowania i poparcia wśród większości piłkarzy drużyna wygrywała. I przede wszystkim nie traciła bramek. To była konsekwencja grania w poprzek. Legia dzięki temu utrzymywała się przy piłce i miała kontrolę nad tym co się dzieje na boisku. Poza tym grał też Janek Mucha, choć tylko i wyłącznie jego za małą ilość traconych bramek byłoby naciąganie rzeczywistości, bo nawet najlepszy bramkarz nie wybroni strzałów, jeśli nie będzie miał do pomocy kolegów. A najlepszym dowodem na brak poparcia wśród piłkarzy było natychmiastowe poprawienie stałych fragmentów gry po przyjściu Białasa. Kiełbowicz i Iwański nagle nauczyli się kopać stojącą piłkę. Bardzo ciekawe.

      Naprawdę nie należy wyciągać pochopnych wniosków z tego meczu, bo Cracovia wcale nie zagrała źle. Dopiero kolejne mecze pokażą czy Pasy są – kolokwialnie pisząc – “ogórkami” czy będą walczyć jak lwy o o utrzymanie. Jedno jest pewne – Legia z sezonu na sezon wydaje się być drużyną coraz gorszą.

  3. Nowy pisze:

    coś nie wpadł mi komentarz tutaj. chyba dlatego, że był z linkiem (wiem, że wordpress ma opcję blokowania takich komentarzy)
    pozdrowienia

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Zmień )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Zmień )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Zmień )

Connecting to %s