Po zeszłotygodniowych piłkarskich derbach Warszawy dość szeroko dyskutowana była kwestia zachowania kibiców. Temat podjęli najpierw dziennikarze sportowi “Gazety Wyborczej”(choćby tu, tu i tu), podkreślając swoje zniesmaczenie tym, co odbywało się na trybunach. Prawdopodobnie najgłośniejszym tekstem polemizującym z takim punktem widzenia był ten opublikowany na popularnym serwisie Weszło!, w którym autor staje w obronie po trosze kibiców, po trosze stadionowego(i nie tylko) bluzgu.

Trudno nie przyznać części racji adwersarzowi redaktorów “Wyborczej”. Stwierdza on na przykład, że przeklinanie to absolutnie powszechna forma werbalizowania swoich emocji – a już tym bardziej w tak specyficznych okolicznościach, z jakimi wiąże się mecz piłkarski. Pisząc również o bardziej szlachetnych czy też cywilizowanych formach operowania przekleństwami zwraca uwagę, że “nic nie ożywia tak dobrze tekstu jak idealnie wpasowany wulgaryzm”, przypominając redaktorom “GW”, że także ich naczelny z takiej formy ożywiania tekstu korzysta.
Sęk jednak w tym, że autor chyba nie do końca pojął – lub nie chciał, w imię wojny na linii “prawdziwi kibice” kontra “GW” – co tak mocno poruszyło dziennikarzy. Kłopot nie w pojedynczej “k…ie” rzuconej przy okazji zmarnowanej przez napastnika ukochanego zespołu sytuacji lub jakimkolwiek innym boiskowym niepowodzeniu naszych pupili. Kłopot w tym, co na polskich trybunach powszechne, a obecne również w tekście autora – przywiązanie do reguły, że “nienawiść do przeciwnika to kwintesencja futbolu”. Uważam, że to nie nienawiść powinna być kwintesencją, ale rywalizacja – ostrzejsza, łagodniejsza, ale wciąż rywalizacja. I ani kroku dalej, bo robi się niebezpiecznie.
Stwierdza autor – nikt nie dostał po pysku, policjant nie dostał krzesełkiem. Sukces! To mniej więcej tak znakomite podsumowanie równie znakomitego stanu rzeczy jak dowcip o Stalinie, który w swojej wspaniałomyślności nie zabił dziecka proszącego o cukierka… Oczywiście, niewystępowanie tak agresywnych zachowań – widywanych na naszych stadionach dość regularnie jeszcze nie tak dawno temu – jest dużym krokiem ku normalności. Problem w tym, że festiwal wzajemnej nienawiści prowadzony w piosenkach kibiców wyzwala w nich emocje tak negatywne, że prawdopodobnie tylko coraz lepiej funkcjonujące na stadionach zabezpieczenia chronią nas przed powrotem cotygodniowych materiałów o stadionowych burdach w telewizyjnych serwisach informacyjnych. Zabezpieczenia są jednak wciąż na tyle niedoskonałe, że i tak co nieco powędrowało na murawę.
Warto też wrócić do kwestii specyfiki meczu piłkarskiego jako wydarzenia, przy okazji którego wulgaryzmy są absolutną normą – ok, sam od przekleństw nie stronię, tym bardziej zaś w momencie, gdy oglądam ukochaną drużynę w akcji. Rzadko kiedy też w wygłaszanych przeze mnie w trakcie meczu mało wyszukanych komentarzach pominięta zostaje drużyna rywala. Jednak różnica między mną a autorem tekstu na “Weszło!” jest taka, że nie podchodzę do takiego stanu rzeczy jako do oczywistego, a wręcz wskazanego i pożądanego.
Oczywiście, nie popadajmy w paranoję i nie postulujmy, dajmy na to, zakazów stadionowych za pojedyncze przekleństwo, bo momentami bez soczystej “k…wy” wytrzymać się nie da. Tym bardziej mając wątpliwe szczęście być obserwatorem naszej rodzimej ligi. Chodzi jednak o to, by bluzg nie był wszechobecny. Byśmy na stadionie bardziej dopingowali własny zespół, niż bluzgali na rywala – z tą kwestią zresztą mam dość silny problem jako kibic znienawidzonej niemal w całym kraju Legii, w trakcie meczów z którą fani rywali koncentrują zazwyczaj większość swojej uwagi właśnie na lżeniu zespołu z Łazienkowskiej. Chodzi też wreszcie o to, byśmy – jak autor tekstu “Dziennikarzu Wyborczej, żyj i daj żyć innym…” – nie przyjmowali zastanej rzeczywistości w sposób bezkrytyczny i bezrefleksyjny, a wręcz z aprobatą.
Na koniec słów kilka o tym, dlaczego czuję się w jakiejś mierze kompetentny, by omawiany problem poruszać – od dziecka jestem kibicem Legii, a przez kilka lat regularnie uczęszczałem na stadion. Głównie na “Żyletę”, jeszcze na starym obiekcie. Nie są mi obce ogromne emocje, z którymi wiąże się każda wizyta na stadionie. Nie jest mi też obca atmosfera, którą swoimi specyficznymi zachętami do śpiewania wyzwala prowadzący doping – i z perspektywy czasu dochodzę do wniosku, że bywa to atmosfera niezdrowa, nasączona ładunkiem nieuzasadnionych, złych emocji. I z tym bywaniem – nie z pojedynczą “k…ą” – chyba warto powalczyć.